Założycielka Femino. Mama trójki dzieci. Od ponad 20 lat pokazuję kobietom, że mogą — bo sama musiałam nauczyć się tego pierwsza.

Przez ponad 20 lat wiele kobiet powierzyło mi swoje ciało i głowę. Przychodziły, żeby schudnąć. Ale efekt końcowy nigdy nie był tylko taki — to było coś znacznie głębszego. Bo my, Polki, często jesteśmy pozamykane, niepewne siebie. A ja przez cały czas pokazuję jedno: ja mogłam — więc Ty też możesz.
Niby przychodziłyśmy się spocić, a wychodziłyśmy z połączeniem same ze sobą.
Wyobraź sobie: rok 2007, małe miasto w Małopolsce. Wkraczam ja — bez grosza na start biznesu, z dwójką małych dzieci na rękach i z takim motorkiem w środku, który ani na chwilę nie pozwalał mi odpuścić.
Miejsce, w którym niewiele się działo i niewiele się zmieniało. Ale wtedy pojawiłam się ja — z motorkiem w środku, który warczał od zawsze. To on nie pozwalał mi usiąść i czekać, aż ktoś da mi zielone światło. Mimo że wiele razy usłyszałam NIE.
Najpierw córka, trzy lata później syn. Dwoje maluchów na rękach — i postanowienie, że i tak pójdę po swoje.
Z dwójką małych dzieci na rękach szłam na kursy i szkolenia. Nikt mi niczego nie ułatwiał. Uczyłam się ciężko i po swojemu.
Klub fitness tylko dla kobiet — pierwszy taki w okolicy. Żadnych facetów. Nie miałam pieniędzy, ale miałam upór i pewność siebie — na tyle, że przekonałam urząd, żeby mnie wsparł. Uwierz mi, to nie było łatwe. W szarym Libiążu nagle zapaliło się miejsce, którego nikt się nie spodziewał.
Kolorowe światła, moja muzyka na cały regulator i ja z mikrofonem: cztery, trzy, dwa… Muzyka niosła się po całej okolicy. Ale kobiety nie przychodziły po sam trening — przychodziły po energię, którą im dawałam. Po zajęciach herbata, sauna, rozmowy i śmiech. Bezpieczne miejsce, w którym w końcu mogły odpuścić.
Wychowywałam dzieci sama i prowadziłam firmę. Córka do szkoły muzycznej, syn na piłkę — po kilka razy w tygodniu. Raz w tym całym pędzie odjechałam spod domu… bez córki. Dzwoni: „Mamo, gdzie jesteś?” — a ona została na parkingu. (Wybacz, córciu.) Dałam im tyle miłości, ile się dało. I nauczyłam się, że „nie” to nie jest odpowiedź.
Femino mogło być większe. Prawie otworzyłam drugie, w większym mieście — ale osoba, która miała je poprowadzić, trafiła za kratki. Dokładałam zajęcia, wydarzenia… a i tak czułam, że wciąż nie docieram do tylu kobiet, do ilu bym chciała.
Cztery lata temu — w wieku, w którym inni zwalniają, ja przyspieszyłam.
Przeprowadziłam się do Holandii i znów zaczęłam od początku. Trudniej o zaufanie, trudniej dotrzeć. Prowadziłam treningi i zajęcia dla Polek — ale sala nigdy nie była moja i nie mogłam zrobić jej po swojemu.
Usiadłam z córką — to ona jest głową od technologii — i pogadałyśmy. Świat zmienił się tak, że dziś mogę dotrzeć do Ciebie online, gdziekolwiek jesteś. Tak powstało Femino, o którym marzyłam, nie wiedząc o tym. Dla każdej z Was.
Ja mogę — więc Ty też.
Bo tu nie chodzi o sam sport. Ani o to, żeby jeść to czy tamto. Chodzi o zmiany, które zachodzą w środku, od głębi. O to, jak myślimy o sobie i o innych. Jak siebie widzimy. Jak rozbrajamy nieprawdę, nawyki i myśli, które wpajano nam od dziecka. Robimy się coraz silniejsze — z zewnątrz i od środka. A to przenosi się na całe życie.
Rodzi się dziecko — i rodzi się też matka.
To, że coś działa u jednej, nie znaczy, że zadziała u Ciebie. Możesz katować się ciężkimi treningami, głodzić się i czuć coraz gorzej — nie dlatego, że coś jest z Tobą nie tak. Dlatego, że jesteś inną osobą.
Jesteśmy wyjątkowe właśnie dlatego, że każda jest inna — inne DNA, wygląd, charakter. Są kobiety z różnymi historiami. I to jest okej. Zamiast iść narzuconymi drogami — wsiądź w swoje ferrari i jedź nawet przez pustynię, jeśli masz ochotę.
Kiedyś opowiem Ci, skąd naprawdę się wzięłam — całą swoją historię. Nie wstydzę się jej ani trochę. Ale to na inny raz.